Lombok, eh…. Lombok
Po pięciu godzinach podróży promem dotarliśmy na wyspę Lombok. Szybką łodzią można Cieśninę Lombocką pokonać w godzinę, ale to o wiele droższy sposób. Na przystani targujemy się ostro, bo ceny za transport podają nam kilkakrotnie wyższe niż w naszym przewodniku, a przecież jest poza sezonem. Podajemy swoją cenę, oni swoją, my, że za drogo, trochę obniżają, my trochę podwyższamy, oni, że tak tanio to nawet lokalni nie podróżują, udajemy, że odchodzimy, znów trochę obniżają, ale dalej drogo, więc postanawiamy wyjść gdzie dalej na ulicę i poszukać tańszego transportu. W końcu gość biegnie za nami i zgadza się na naszą cenę. Trzeba się nagimnastykować!
Kierujemy się na północno zachodnie wybrzeże, ponoć są tam przepiękne plaże. Wysadzają nas pod jakąś agencją, która od razu chce nam sprzedać wycieczkę albo nocleg. Okazuje się później, że ten co nam oferowali jest o 30% tańszy, kiedy wchodzimy z ulicy i sami pytamy o pokój. Hotele droższe tutaj niż na Bali, a turystów o wiele mniej. O co chodzi z tymi cenami? Zatrzymujemy się w piekarni i zjadamy słodkie bułki, żeby trochę odpocząć, bo dość długo już chodzimy z plecakami i szukamy noclegu. W końcu znajdujemy jakiś prosty pokój, zrzucamy plecaki i idziemy pooglądać lokalnych surferów. Ponoć fale, są tu całkiem niezłe.
Na drugi dzień wypożyczamy skuter, żeby zobaczyć okolice. Jedziemy nowiuteńką drogą, przez pagórki, w górę, w dół, znów pod górkę, mkniemy przystając na chwilę i podziwiając czarne całkowicie puste plaże. Tylko gdzieniegdzie jakaś grupka dzieciaków pluska się w wodzie. Wąskimi bocznymi ścieżkami, przez wioskę, dojeżdżamy do cichej plaży, tym razem z białym piaskiem i wyrzuconymi przez fale na brzeg, koralami. Wita nas grupka chłopaków, korzystających z uroków wolnej niedzieli. Częstują nas jakimś lokalnym procentowym trunkiem oraz kassawą pieczoną w ognisku. Smakuje jak połączenie ziemniaka z bananem. Zostajemy z nimi przez resztę dnia i rozkoszujemy się pustą plażą, lazurowym morzem i widokiem na wulkan. Paweł dostaje do zabawy kajak, a ja wyleguję się w słonku. Dowiadujemy się, że ziemia nad plażą „Sire” należy do wuja chłopaków, który za nic nie chce jej sprzedać. Miejsce jest naprawdę świetne. Wuj co róż dostaje propozycje to od szwajcarskiego bankiera, który wybudował sobie dom na działce obok, to od ekskluzywnego resortu, który jest z drugiej strony. Mógłby za nią dostać całkiem niezłe pieniądze. No, ale dobrze, że nie sprzedał, bo wtedy my nie moglibyśmy tu sobie pływać na kajaku i zajadać kassawę.
Przed powrotem do hotelu zatrzymujemy się jeszcze na punkcie widokowym, słońce niedługo zajdzie i zebrało się tu mnóstwo lokalnych par, żeby zobaczyć zachód słońca. Zaczepia nas jakaś studentka anglistyki. Chwilę rozmawiamy, mówi, że jest z Kuty, czyli z południa wyspy. „Jedźcie na Kutę, tam są jeszcze piękniejsze widoki, mniej turystów i taniej”- mówi. Zastanawiamy się, czy to możliwe. Ale co tam, mamy czas. Pojedziemy. Ale najpierw chcemy zobaczyć Gili małe, wysepki na północy. Kutę zostawimy sobie na koniec. W hotelu znaleźliśmy gazetę o Lombok. Władze Indonezji ogłosiły rok 2012 rokiem Lombok i Sumbawy (to sąsiednia wyspa). Budują międzynarodowe lotnisko, drogi, zachęcają inwestorów. Rozochoceni sukcesem turystycznym Bali, chcą teraz turystów ściągnąć na kolejne wyspy. Trochę kiepsko idzie im budowa lotniska, ponoć mają duże opóźnienia , ale drogi budują i mieliśmy okazję pośmigać skuterem.
Żeby popłynąć na wyspy Gili, musimy najpierw dostać się do portu. To jakieś pół godziny drogi. Można wykupić transport w agencji turystycznej, ale ceny są wysokie. Postanawiamy złapać lokalnego busa, tzw. bemo. Powinien kosztować grosze. Zakładamy plecaki i wychodzimy na drogę, jest tylko jedna i prowadzi wprost do portu, nie ma więc problemu z zatrzymaniem bemo. Tylko, że wszyscy chcą, według nas, za dużo pieniędzy i nie mają ochoty nawet się targować. O co chodzi? Jakby wszyscy się zmówili! W końcu zatrzymujemy jakiegoś turystycznego busa, w miarę tanio i przynajmniej z klimą.
Gili to 3 małe wyspy, my płyniemy (lokalną łódką, razem z zapasem browarów, ananasów i innych smakołyków) na Gili Trawangan. To największa ze wszystkich trzech, a i tak ma tylko 1,5 km w najdłuższym miejscu. Zatrzymujemy się u rodzinki, która obok swojej chaty wybudowała kilka pokoi dla turystów. Na przywitanie dostajemy herbatkę, rano naleśniki z bananami i owoce, wieczorem oglądamy z panią domu koreański serial.
Na Gili Trawangan spędzamy 3 dni. Spacerujemy po plaży, pijemy egzotyczne szejki i płyniemy na snorklingową wycieczkę. Wokół wysp są rafy koralowe, dlatego większość ludzi robi tu kursy nurkowe. Nam musi wystarczyć maska z rurką. Mi jednak nie wystarcza, jedynie rozbudza nowe zachcianki. Następny cel/; zebrać pieniądze na kurs nurkowania.
Zanurzamy głowę a tam małe kolorowe stworzenia, falująca rafa i ….. parzące meduzy. Ale szczypiące niewygody wynagradzają podwodne widoki. Najbardziej podobały nam się: fioletowa odpoczywająca na piasku rozgwiazda oraz prawie metrowy żółw unoszący się samotnie w niebieskiej otchłani. Chyba coraz bardziej rozumiemy jak się czuł Jacques Mayol w „Wielkim błękicie”.
Na Gili Trawangan jest dużo ludzi, więc pamiętając słowa spotkanej studentki ruszamy na Kutę. To mała wioska na południu Lombok nad Oceanem Indyjskim, znana przede wszystkim surferom. Są tu ponoć światowej sławy fale. Mimo, że światowej sławy, ludzi naprawdę jest niewielu. Kuta to jedna ulica, ciągnąca się przy plaży, z małymi wioskowymi domkami, kilkoma sklepami i małymi hotelami. Jest też parę barów i restauracji, co jakiś czas drogą przemyka para białych z przymocowanymi do skutera deskami surfingowymi. Spokojnie, cicho i tanio. Nasz pokój ma werandę, z której możemy podglądać fale oceanu. Plaża w Kucie ładna, ale nie nadzwyczajna, okazuje się jednak, że najlepsze jeszcze dopiero przed nami.
W pierwszy dzień pada, więc rozglądamy się po wiosce, smakujemy morskie specjały i spędzamy czas z wioskowymi dzieciakami, które za wszelką cenę chcą nam sprzedać jakieś bransoletki. Kolejnego dnia świeci już słońce. Wypożyczamy, więc skuter i kolejne dwa dni spędzamy na najpiękniejszych, jakie można sobie wymarzyć plażach. Nasza ulubiona to Tanjung Aan. Zatoka u wylotu otoczona zielonymi wzgórzami, turkusowe wody oceanu, nad horyzontem niesamowite kształty chmur i ciągnąca się przez prawie dwa kilometry, całkowicie pusta, bialutka plaża. Kiedy pierwszy raz ją zobaczyliśmy, nie mogliśmy uwierzyć, że takie miejsca naprawdę jeszcze istnieją. Wjechaliśmy na pobliski zielony pagórek, żeby podziwiać wszystko z góry. Za górą była następna plaża, a nad nią wioska z domkami pokrytymi strzechą. Jakiś chłopak gna kozy, kobieta siedzi z dziećmi przed domem, dzieciaki chcą nam przybić piątkę. Życie płynie powoli. Zastanawiamy się, czy zdają sobie sprawę w jakim pięknym miejscu mieszkają. To ich dom, za dużo innych miejsc nie widzieli.
Choć okolice Kuty nie są jeszcze skażone masową turystyką to już nie długo tak pozostanie. Nie my pierwsi odkryliśmy ten klejnot. Ponoć cały obszar wykupili już bogaci szejkowie z Dubaju i mają tu zbudować pięciogwiazdkowe resorty. To taka lokalna plotka.
Na zachód słońca jedziemy na kolejną plażę. Jakaś kobieta sprzedaje ananasy. Wcinamy jednego, później wypijamy kokosa. Zbiega się grupka dziewczyn. Są na plaży ubrane od stóp do głów, to muzułmanki. Ja w stroju, łapię ostatnie promyki słońca. Nawzajem jesteśmy dla siebie atrakcją. Robimy sobie razem kilka zdjęć. Jedna mówi, że chciałaby pojechać do jakiegoś miasta, bo tu to taka nuda i że ja jestem taka ładna, bo mam taką białą skórę. Ja na to, że chciałabym postawić sobie domek na tej plaży, bo tu tak pięknie i że ona taka ładna, bo ma taką brązową skórę. Jak to ludzie zawsze chcą tego czego akurat w danej chwili mieć nie mogą….
Ostatnie chwile podróży spędziliśmy w naprawdę cudownym miejscu. Teraz czas wracać, bo oszczędności jakoś już wyparowały, w plecaku nic już nie pachnie domem i tęsknota też coraz silniejsza.

















